w związku z tym, że nie mam nic sensownego do powiedzenia (żeby nie zacząć marudzić) postanowiłam podzielić się, albo jakby kto woli, pochwalić się, albo jak wy to tam jeszcze chcecie, częścią mojej domowej biblioteczki. ograniczę się do tego co aktualnie kupiłam i przeglądam/ czytam.
nie wiem dlaczego ostatnio zaczęłam, tak jakby, interesować się sztuką. a chyba zaczęło się od niewinnego, czyjegoś opisu na gg. chodzi o to, że było umieszczone nazwisko alfons mucha. po czym okazało się, że są to obrazy, które już dawno temu mi się podobały, tylko nie wiedziałam kto jest autorem. po tej fascynacji nagle posiadam 3 albumy i mam ochotę kupić co najmniej jeszcze dwa. no dobra, a było to tak, że w empiku zauważyłam album muchy za 79 zł. potem obleciałam kilka księgarni w kielcach za poszukiwaniem innego albumu, który według matrasa miał mieć więcej arcydzieł. po stwierdzeniu, że wszędzie jest to samo, postanowiłam kupić ją tam gdzie ją widziałam na początku. w rezultacie, skończyło się to tym, że kupiłam tą drugą książkę w internecie ( z małymi turbulencjami, ale nie o tym ja chciałam), z jeszcze jednym albumem "secesja" i w zasadzie trochę zbędną książką z życiorysem cejrowskiego ;P ( tzn. chciałam ją kupić, ale nie aż tak bardzo:D ). po obejrzeniu nabytych albumów doszłam do wniosku, że jednak chcę jeszcze ten drugi album muchy ( bo jest tak jakby ładniejszy;p i ma kilka obrazów, których ten album nie ma) i album "art deco" z tej samej serii co "secesja". no i, jak by to ktoś powiedział, rozszalała się, bo kupiłam jeszcze album "magia m.c. eschera", do którego robiłam kilka podejść w matrasie :D. za kupieniem tam przemawiało to że kosztował 79 a nie 99 zł. i powiem szczerze, nie żałuję. jedynym minusem jest to, że w tym małym pokoiku nie mam jak go trzymać :D, żeby bardzo się nie zniszczył. książka zawiera niesamowite rysunki, szkice, obrazy i grafikę, a nawet fragmenty przemyśleń artysty. magia tych obrazów polega na wprowadzeniu w nie elementu matematyki, przestrzeni i dopasowania. to co sprawia, że te obrazy są niesamowite to to, że precyzja i wygląd nie są wspomagane przez technikę komputerową. gdzie w większości obrazów człowiek zachodzi w myśl "kurcze, ale jak to jest zrobione", "jaki trzeba mieć umysł, żeby na coś takiego wpaść i przenieść na płaszczyznę". wydaje mi się że artysta wyszedł troszeczkę poza ramy czasowe, w których żył i dlatego jest to przemawia na jego korzyść. z resztą czy tak właśnie nie jest w świecie malarstwa i sztuki?
c.d.n....
8 grudnia 2011
7 grudnia 2011
między niebem a ziemią
o krok od piekła
tuż przy policzku
przytula się drugi policzek
coś się rodzi
i coś zarazem umiera
przez braku doskonałości
ociera łzy szalikiem
prawdziwa muzyka płynie z serca
a nie z czarnego głośnika
tęsknić za miłością
której się nie chce i nie można znaleźć
patrząc i widząc
nie dostrzec i nie usłyszeć siebie
......
1 grudnia 2011
12 listopada 2011
30 października 2011
to powiedzmy, że pierwszy miesiąc na mgr za mną i dodatkowo kilka mniej i bardziej zbędnych atrakcji.
nie będę się za nadto żalić, szczególnie na plan zajęć i na przedmioty, ale to nie zmienia faktu, że jedyna moja nadzieja... no może źle to ujęłam. miałam nadzieję, że z naszej licencjackiej czwórcy zostanie chociaż dwójca, a zostałam tak naprawdę sama. i na dodatek okazało się, że jestem w grupie 1012 a nie 1011, ale w tym przypadku to chyba nawet dobrze się składa. może nie będzie tak źle :D . z tego wszystkiego wypadało mi założyć facebooka, bo jednym z głównych powodów było właśnie to, że straciłam "wtyczkę fb", (tzn informatora, który na bieżąco mógłby mi mówić co tam ciekawego się dzieje ;P). no i jakoś jeszcze go nie pokochałam. najpierw miałam wątpliwości, a potem poczułam się jakbym wlazła w mrowisko. jednak prawda jest taka, że jak nie będzie mi już tak bardzo potrzebny zawsze mogę go usunąć.
kolejnym już nie związanym z uczelnią wątkiem jest to jak wygląda przesyłani mi coś przez eweline :D. jak wracałam do krakowa zapomniałam wziąć jednej rzeczy. mama zapytała się czy nie chcę, żeby coś przywiozła mi z domu ewelina do krakowa. no to nie wiele myśląc pomyślałam o tej rzeczy. no i efekt jest taki, że jak ewelina przyjechała na początku października do krakowa, ja zdążyłam być trzy trzy w domu i mama zdążyła raz do mnie przyjechać :D.
pomijając już zbędne marudzenie, przejdę do tego, że byłam z mamą na świetnym koncercie "c'est la vie" w teatrze im. juliusza słowackiego. i już po pierwszej części, którą był finał festiwalu piosenki studenckiej prowadzony przez zbigniewa zamochowskiego, stwierdziłyśmy z mamą, że nie żałujemy wydania 150 zł za bilet :P. było 10 finalistów, 10 piosenek plus dwie piosenki zaśpiewane przez dwóch zwycięzców. powiem nawet, że ta pierwsza część, chyba troszeczkę bardziej mi się podobała. drugą częścią był koncert z okazy 20 rocznicy śmierci andrzeja zauchy. tu już nie liczyłam tak skrupulatnie piosenek :D, ale każdy artysta zaśpiewał ok. trzy piosenki. tą część prowadził krzysztof piasecki, który był związany zawodowo z adrzejem zuchą ( o czym nie wiedziałam ;p). przypuszczam, że wysoka średnia wieku na sali była spowodowana wysokimi cenami biletów. choć przypuszczam również, że tego rodzaju muzyka nie jest zbyt popularna w niższym przedziale wiekowym :D, ale nie będę się nad tym teraz wywodzić :P. podsumuje to jednym zdanie: było fajnie i trzeba to powtórzyć.
nie będę się za nadto żalić, szczególnie na plan zajęć i na przedmioty, ale to nie zmienia faktu, że jedyna moja nadzieja... no może źle to ujęłam. miałam nadzieję, że z naszej licencjackiej czwórcy zostanie chociaż dwójca, a zostałam tak naprawdę sama. i na dodatek okazało się, że jestem w grupie 1012 a nie 1011, ale w tym przypadku to chyba nawet dobrze się składa. może nie będzie tak źle :D . z tego wszystkiego wypadało mi założyć facebooka, bo jednym z głównych powodów było właśnie to, że straciłam "wtyczkę fb", (tzn informatora, który na bieżąco mógłby mi mówić co tam ciekawego się dzieje ;P). no i jakoś jeszcze go nie pokochałam. najpierw miałam wątpliwości, a potem poczułam się jakbym wlazła w mrowisko. jednak prawda jest taka, że jak nie będzie mi już tak bardzo potrzebny zawsze mogę go usunąć
kolejnym już nie związanym z uczelnią wątkiem jest to jak wygląda przesyłani mi coś przez eweline :D. jak wracałam do krakowa zapomniałam wziąć jednej rzeczy. mama zapytała się czy nie chcę, żeby coś przywiozła mi z domu ewelina do krakowa. no to nie wiele myśląc pomyślałam o tej rzeczy. no i efekt jest taki, że jak ewelina przyjechała na początku października do krakowa, ja zdążyłam być trzy trzy w domu i mama zdążyła raz do mnie przyjechać :D.
pomijając już zbędne marudzenie, przejdę do tego, że byłam z mamą na świetnym koncercie "c'est la vie" w teatrze im. juliusza słowackiego. i już po pierwszej części, którą był finał festiwalu piosenki studenckiej prowadzony przez zbigniewa zamochowskiego, stwierdziłyśmy z mamą, że nie żałujemy wydania 150 zł za bilet :P. było 10 finalistów, 10 piosenek plus dwie piosenki zaśpiewane przez dwóch zwycięzców. powiem nawet, że ta pierwsza część, chyba troszeczkę bardziej mi się podobała. drugą częścią był koncert z okazy 20 rocznicy śmierci andrzeja zauchy. tu już nie liczyłam tak skrupulatnie piosenek :D, ale każdy artysta zaśpiewał ok. trzy piosenki. tą część prowadził krzysztof piasecki, który był związany zawodowo z adrzejem zuchą ( o czym nie wiedziałam ;p). przypuszczam, że wysoka średnia wieku na sali była spowodowana wysokimi cenami biletów. choć przypuszczam również, że tego rodzaju muzyka nie jest zbyt popularna w niższym przedziale wiekowym :D, ale nie będę się nad tym teraz wywodzić :P. podsumuje to jednym zdanie: było fajnie i trzeba to powtórzyć.
7 października 2011
1 października 2011
wpadłam na pomysł, żeby zrobić sobie wycieczkę do koleżanki. i powiem, że się udała. pochodziłyśmy po mieście, w którym mieszka, zwiedziłam korytarze jej szkoły, przycupnęłyśmy w fajnej kawiarni w rynku, zwiedziłam galerie :D, i wróciłam z powrotem. było miło, szkoda tylko, że tak rzadko się widujemy. ale w zasadzie nie o tym chciałam napisać. w związku z tym, że stwierdziłam, że im wcześniej wyruszę tym lepiej wstałam dzisiaj koło szóstej rano. i było mi dobrze :D. wstałam z przeświadczeniem, że nie jest ze mną tak źle, i że coś może jednak umiem. dostałam to wymarzone, szczęśliwe zakończenie i zaczynam tak jakby coś nowego. udało mi się zdać ten cholerny egzamin, zdążyłam oddać prace dyplomową, i co chyba najważniejsze udało mi się bez większego wysiłku obronić się i z lekkim stresikiem zdążyłam złożyć papiery na mgr. czuję się uskrzydlona, mam 2 DNI WAKACJI, no liczmy 4 bo zajęcia zaczynają się od środy ( pomijam fakt, że do jakiej grupy bym nie należała plan jest beznadziejny, a przedmioty... zapowiadają się... przerażająco, ale mam nadzieję, że nie będzie tak źle). czuję lekką dumę, tak coby nie popaść w zbyt duży nie zasłużony samozachwyt. udało mi się. jak to ktoś powiedział "renata zawsze spada na cztery łapy, jak kot". mam nadzieję, że dalej tak pozostanie i zrobię magistra :D (jak to mawiają mgr można gówno robić... i nieźle zarobić :D), że wszystko ułoży się dobrze, a najlepiej bardzo dobrze :D. a na razie niezmiernie cieszę się, że udało mi się zdać wszystko, napisać dobrą prace analityczną i obronić licencjat, oraz dostać się na mgr. wiem, powtarzam się, ale zazwyczaj mam kijowy humor, a to.., takie szczęście... naprawdę uskrzydla.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



