Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niusy z d.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niusy z d.... Pokaż wszystkie posty

4 stycznia 2014

Udawana bezsenność...

Zamiast iść jak człowiek spać, siedzę i słucham na Spotify Contemporary Noise Quintet - Pig Inside the Gentleman i w kółko Dawida Podsiadło. I to wcale nie jest dobre. Szczególnie, że zaczyna na mnie działać to melancholijnie, a kawałek No Part II już w zupełności (choć pomimo, że się nieznam mam wrażenie, że w pewnych momentach śpiewa nie "czysko").
Znowu miałam dziwaczne sny i w dodatku śnił mi się M. No niby w zasadzie nic, ale dałoby mi to już święty spokój. Bo ile razy może się śnić, że go spotykam i albo opierdalam, że się nie odzywa, albo zachowuje się jakby mnie nie znał/ nie widział? Tak samo ile może mi się śnić A., z którą nie mam kontaktu ponad 10 lat, a w śnie "jesteśmy w końcu pogodzone"... Ile razy może mi się śnić mieszkanie w bloku, w którym nie mieszkam co najmniej od 12 lat? Męczące jest ciągłe w nim "przebywaniu" i sprawdzaniu jak w nim teraz jest. Do powtarzających się wątków należy również: (nie)żyjący dziadek (J.)W., za którym ostatnio od czasu do czasu zdarza mi się tęsknić; kuchenka gazowa której nie mogę wyłączyć; chęć ucieczki z biegiem jak na zwolnionej klatce filmu, czyli chce biec a nie mogę oraz zdarza mi się czasami (jednak) gdzieś polecieć, unieś się ponad ziemią.
Do "męczącego" snu należy jeszcze to jak chce, żeby miał dalszą ciąg, albo jak najszybciej przeszedł na zupełnie coś innego....
Tak czy siak często gęsto jeśli siedzę po nocy jest to w zupełności nie potrzebne. Tak jak dzisiaj, bo to co chciałam zrobić już dawno zrobiłam. Zostało tylko bezproduktywne przeglądanie internetu i wpadanie w otępiającą bezsilność. Ale miejmy nadzieję, że mimo tego w dzień zrobię coś "produktywnego".
Łyżwy, których uczę się jeździć? Uszycie czegoś? Zakupy w Kielcach? Czytanie Potopu, który powinnam przeczytać w liceum? Czy chodzenie cały dzień w posępnym humorze?


P.S. Dostałam odpowiedź na pytanie z poprzedniej notki. W zaskakujący sposób, ale jednak. I niestety, nie jest to dobry Samarytanin...

25 sierpnia 2013

Zaskakujące pomysły

Nie wiedzieć za bardzo czemu, ostatnio przychodzą mi do głowy dziwne pomysły. To znaczy z mojego punktu widzenia są one dziwaczne. Bo jak inaczej można podejść do chęci (spróbowania) nauczenia się kładzenia płytek na ścianę? Podobno to żadna filozofia. Na ścianach zaczyna się od dołu, trzeba równo położyć klej na powierzchni i trochę na płytki, i robić szczeliny przy pomocy krzyżyków, a potem zafugować. Z mojej wyobraźni wynika, że najtrudniejsze jest docinanie płytek, tak żeby były idealnie dopasowane. Hmm... to nie może być takie trudne. Jedna z moich cioć w swoim domu (i chyba nie tylko) sama kładła płytki, i trochę tego było. To samo chyba dotyczy się chęci robienia mozajek. A już w ogóle dziwnym pomysłem jest chęć produkowania samej ceramiki, pomijając fakt, że mam fachowca pod ręką.
Kolejnym dosyć dziwnym pomysłem jest to, że chętnie "nauczyłabym się" stolarki meblowej. Pewnie wynika to z tego, że napaliłam się na zrobienie stojaka na ręczniki do łazienki, bo ten co jest trochę się zużył, i przydałby się trochę większy. W tej chwili, ja swoje ręczniki trzyma... na stojaku, który miał być na ubrania, i który... też sama zrobiłam. I to dawno, dawno temu. Za piękny może nie jest, ale do tej pory się nie rozleciał i spełnia swoją funkcję. To znaczy najlepiej mi się na nim suszy ręczniki, bo ubrania nadal najchętniej rzucam na krzesło. Wracając do stojaka. Od tygodnia zmienia trochę swój wygląd w mojej głowie i ciągle zastanawiam się jak go najlepiej poskładać. Byłam dzisiaj nawet w Castoramie, żeby się rozejrzeć za elementami, a w poniedziałek może wybiorę się do jeszcze innego sklepu. W każdym bądź razie bardzo, bardzo, bardzo chciałabym go zrobić, i żeby dobrze wyglądał i był funkcjonalny. A tak w ogóle to nie jedyny pomysł, który chciałabym zrealizować, jeśli chodzi o drewno. Co jestem w łazience, chciałbym zrobić szafkę pod umywalkę, bo jakoś mi tam strasznie łyso. Poza tym kłębi mi się pomysł na wieszak na ręczniki z półką i drewniane doniczki z "systemem nawadniania".
Jednak najbardziej szalonym pomysłem, a właściwie marzeniem jakiem mam to jest otworzenie pracowni z własnoręcznie zrobionymi rzeczami, które chciałabym, żeby nie wyglądały zbyt kiczowato i jarmarcznie. Żebym mogła "żyć" z robienia okazjonalnych kartek, ozdób świątecznych, biżuterii, czy rzeczy, które wyposażają i upiększają domu.....
Taaa.... dużo tego "chciałabym"...

25 lipca 2013

Zacięłam się

Chrząszcz brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie.... Potrzeby, decyzje, gospodarstwa domowe, badania, ankieta, dane, analiza.... Co ma jedno do drugiego? W zasadzie nic. Oprócz tego, że jedno i drugie sprawia mi nie jaką trudność. Jedno jest łamańcem językowym, drugie to pojęcia związane z moją pracą magisterską, którą już dawno powinnam napisać i oddać do sprawdzenia. A prawda jest taka, że nie mogę się zebrać do jej pisania. Od ładnych paru miesięcy mam tylko nie całe 4 strony pracy, rozwiązaną ankietę, którą wprowadziłam to Excela, zainstalowane dwa programy do analiz matematycznych i stertę nieprzeczytanych książek. W ramach przyzwoitości do końca września powinnam ją mieć napisaną. Jeśli będzie mi szło jak do tej pory, to ciężko będzie. Na razie w ramach rozruszania moich szarych komórek, próbuję napisać tą notkę. I szczerze powiedziawszy nawet to idzie mi bardzo mozolnie. Czyżbym nie mogła pozbierać myśli do kupy? Czy przez wrodzone lenistwo nie czuję gilotyny na szyi, która kazałaby mi to napisać? Czy ogarnęła mnie nuda, której definicja z Wikipedii mnie zaskoczyła (już bliższa jest mi definicja sjp z pwn, ). ... Od soboty siedzę w domu przez co zrobił mi się większy metraż, ale też przez to, nie wiem czemu, ciągle chce mi się jeść. W sobotę byłam na grillu. W niedzielę przyjechała ciocia z Warszawy. W poniedziałek ubzdurało mi się przestawianie mebli, które skończyło się jedynie na zmianie ich kolejności, a potem spacer. We wtorek było sprzątanie i spacer. W środę dwa spacery i kupienie kawy, bo przez cały dzień chciało mi się spać. Dzisiaj mamy szczęśliwie czwartek i od rana nie mogę się zebrać do pisania. Jak na razie wyjęłam książki z walizki ustawiając je w stosik na stole, zrobiłam tyci porządek z plikami, przeczytałam te nieszczęsne, niecałe 4 strony pracy i żyję nadzieją, że się rozkręcę pisząc tutaj.... Jednak jedyne co na razie czuję, to nieustającą chęć zjedzenia czegoś i poziewania sobie, co wcale nie musi oznaczać, że kawa przestała działać i powinnam się zdrzemnąć. Byłam z mamą u babci, bo była umówiona wywózka elektrośmieci. Poszły 3 radia, froterka, odkurzacz, 2 lodówki, części z telewizora, 2 bojlery, płyta do gotowania, telewizor, adapter. I okazało się, że została jeszcze jedna duża lodówka, której nie zauważyłyśmy, bo stała gdzieś w zagraconym kącie, a dodatkowo w piwnicy nie było światła. No cóż, mówi się trudno. Może następnym razem. Natomiast zostało jeszcze jedno radio na moje życzenie, może kiedyś "zagracę" sobie nim pomieszczenie, ponieważ jest duże, prawie antyczne. U cioci w Krakowie takie stoi w pokoju. A tak w ogóle w tych piwnicach jest naprawdę dużo rzeczy, które powinno się wyrzucić, bo trzeba byłoby być nieźle zakręconym i mieć sporo czasu, żeby coś z tego wykombinować, a i tak jeszcze dużo zostałoby do wyrzucenia. Choć stojąc w piwnicy, widząc chyba z 2 szafki i dwa stoliki, naszła mnie, że chętnie spróbowałabym renowacji tych mebli poprzez decoupage. Ciekawe czy coś by z tego było. Ta, ma sporo pomysłów, tylko że na nich się kończy. Bo pomijając obowiązek napisania pracy magisterskiej, po głowie czasami chodzą mi różne pomysły. Jakie? Na przykład czemu nie mogliby zelektronizować poczty polskiej po przez częściowe załatwienie spraw przez internet, bądź wprowadzenia automatów na pocztach. Założenia firmy zajmującą się kartkami pocztowymi (okolicznościowymi). Wykonanie obraz przy pomocy styropianu i materiału. Napisanie książki.... Pisanie bloga (blogów)... A dodatkowo muszę zrobić album i skończyć parę rzeczy, które zaczęłam. Tak, zalążki paru rzeczy mam w głowie, tylko co z tego, skoro większość i tak nie ujrzy światła dziennego. Musiałabym się naprawdę zaprzeć, żeby spełnić chociaż część. Dobra, bo zaczynam marudzić. Tekst wyszedł spory, ale zapewne mało treściwie i sensownie. Na dodatek wcale nie czuję rozruszania szarych komórek i chęci pisania pracy magisterskiej. Teraz jedynie na co mam ochotę i na czym się skończy to prysznic i film, którym będę znowu próbować wyłączenia jakiegokolwiek myślenia, łącznie z tym potrzebnym i nie potrzebnym....

13 maja 2013

Nudu panie. Nuuudyyy cześć 2.

Tym razem piszę z tej nie zbyt udanej aplikacji, ale tak jakoś padła mi energia i jakiekolwiek myślenie, że nawet nie mam pomysłu aby cokolwiek zrobić. Nawet nie chce mi się lakierować pudełek na gazety. Myślałam, żeby może wziąć się za sutasz, ale totalnie nie mam pomysłu co to miałoby być i jak to miałoby wyglądać. Więc w końcu bezproduktywnie leżę sobie na lóżku i piszę trzy po trzy notkę dla zabicia czasu. Nawet laptopa mi się nie chce włączyć, żeby obejrzeć może jakiś film. A chętnie przypomniałabym sobie 'Szybkich i Wściekłych', bo nie wiele z niego pamiętam, a ostatnio obejrzałam pozostałe części i nie mogę doczekać się kolejnej. 24 maja ma wejść szósta część do kin w Polsce, a z tego co wyczytałam od lipca czy od sierpnia mają zacząć pracę nad siódmą....
Kurczaczki. Zawiesiłam się, więc chwilowo na tym skończe.
Aaa! Prezentacje przeżyłam i nawet zmieściłam się w czasie. Co do tego na ile się podobała, jak dobrze wypadłam i czy nie zanudziłam nic mi nie wiadomo. Najważniejsze, że mam zasobą i to by było na tyle jeśli chodzi o zaliczanie Marketingu internetowego, ale już dla statystyk pochodzę na resztę wykładów, bo za obecność są dodatkowe punkty.

Nudy panie. Nuuudyy

Siedzę sobie grzecznie na uczelni. Czekam na wykład, na którym mam wygłosić prezentacje na temat blogów. Mam nadzieję, że wykładowca się nie będzie bardzo czepiał, bo nie ustalałam z nim szczegółów. Poza ty myślałam, że szybciej to zrobię i chyba liczyłam na inna formę. Jest chyba trochę za długa i nudna, i brakuje jej jednej rzeczy, ale tak musi już zostać.
Zjadłam sobie obiadek w "restauracji" na uczelni, którą nie dawno otworzyli. 13 zł za cały obiad nie jest tak bardzo dużo, ale jednak obiad mógłby być trochę lepszy. Zupa może być. Ziemniaki takie sobie i w dodatku zimnawe, filet z kurczaka mógłby wyglądać lepiej, a surówka mniej wodnista i nie pasował mi zbytnio w niej ogórek kiszony.
Miałam odprowadzić Iwonę na przystanek, ale odpuściła mi bo deszcz pada, a poza tym dźwigam dzisiaj laptop. I tak siedzę na trzecim piętrze w bibliotece, coś próbuję wykombinować, ale jakoś nic specjalnego nie wychodzi. Okazało się, że muszę wyłączyć blokowanie reklam żeby wejść na Google AdSense. A jak już tam weszłam to zrezygnowałam z tego, bo myślałam, żeby to pokazać na prezentacji, ale chwilowo nie chce się z tym wiązać (tylko czy ja aby na pewno tego już nie próbowałam włączyć?). Chciałam wstawić zdjęcia na bloga z pracami z decoupage i nie tylko, które do tej pory zrobiłam, ale jakoś idzie to strasznie mozolnie i mam za dużo zdjęć, więc chwilowo to zaniechałam. Za to zaczynam mieć co raz większą ochotę na pociapracie czegoś, albo na pomalowanie ścian... Ścian nie pomaluje, ale ciapracie jest bliżej moich możliwości. Jak nie zacznę czegoś nowego to przynajmniej polakieruje to co mam zaczęte. Może uda mi się to kiedyś tutaj wrzucić. A w tej chwili chyba będę się zbierać, niedługo wykład i krzesło robi się coraz bardziej niewygodne.

11 maja 2013

Poprawka tekstu

Wiedziałam że tak będzie!
Tekst powinien wyglądać tak:
"To chyba nie jest dobry pomysł w kierunku poprawienia częstości pisania postów na blogu, ale spróbować chociaż raz mogę. Dlaczego nie zbyt dobra? Bo już widzę że etykietki będę; musiała poprawiać z powodu braku możliwości wyboru z już istniejących. Aplikacja nie poprawia błędów więc może być z tym kiepsko. A jak znam życie prędkość tego wszystkiego będzie poniżej wszelkiej krytyki. Obrazki maja ograniczone ustawiania i nie wiem jak to wyjdzie przed opublikowaniem tej notki. Nie wiele można ustawić bezpośrednio przy pisaniu, więc mało mnie to zachęca."
Takie zapisywanie i publikowanie Google może się wypchać swoją aplikacją. I do jasnej cholery jakich mam użyć przycisków do rozdzielania etykietek?! Nie rozumiem tego polecenia pod etykietą. I dlaczego publikacja nie idzie za pierwszym razem?!

Próba pisania postów przez aplikację Blogger

<p dir=ltr>To chyba nie jest dobry pomys&#322; w kierunku poprawienia cz&#281;sto&#347;ci pisania post&#243;w na blogu, ale spr&#243;bowa&#263; chocia&#380; raz mog&#281;. Dlaczego nie zbyt dobra? Bo ju&#380; widze &#380;e etykietki b&#281;d&#281; musia&#322;a poprawia&#263; z powodu braku mo&#380;liwo&#347;ci wyboru z ju&#380; istniej&#261;cych. Aplikacja nie poprawia b&#322;&#281;d&#243;w wi&#281;c mo&#380;e by&#263; z tym kiepsko. A jak znam &#380;ycie pr&#281;dko&#347;&#263; tego wszystkiego b&#281;dzie poni&#380;ej wszelkiej krytyki. Obrazki maj&#261; ograniczone ustawiania i nie wiem jak to wyjdzie przed opublikowaniem tej notki. Nie wiele mo&#380;na ustawi&#263; bezpo&#347;rednio przy pisaniu, więc mało mnie to zachęca.
Właśnie nacisnęłam zapisywanie i wywaliło mnie z pisania notki co jest bezsensowne i jakoś beznadziejnie zakodowało mi polskie literę, więc nie wiem czy jak to opublikuje to będzie dobrze, czy będzie tak jak wyświetla mi teraz. Ryzyk fizyk, nie poprawiam tego. Najwyżej zobaczycie jak beznadziejna jest ta aplikacja.
No i zdjęcie próbne na koniec
</p>

12 kwietnia 2013

Ło joj jak się opusciłam :P

Skoro już ze dwie osoby pytają się, czemu nie dostają maila z notką to znaczy, że faktycznie się zapuściłam w pisaniu. Przepraszam. Jedyne co mam na usprawiedliwienie to fakt, że zaczęłam się bawić pracami ręcznymi, po drodze była sesja, rzadko używam laptopa, a na zabawce beznadziejnie się pisze. Większość "prac" jakie zrobiłam wrzuciłam na fb. Tu wrzucę jak się jeszcze bardziej zmobilizuje i jednak nie stracę cześć zdjęć z pracami. Bo kurde! mój laptop jest głupi i nie zapisał przerzucanych zdjęć z telefonu, który oddawałam do naprawy. Wiedziałam, że pan mi powiedzieć, że mogę utracić dane i aplikacje, więc rano szybko przerzucałam to na czym mi zależało. Włączam laptop wieczorem, chcę nieszczęsne zdjęcia wrzucić na fejsa a tu Q! nie ma ich! A w ogóle, to rano z tego powodu też się wq... bo przed pójściem spać dałam do przesłania 20 zdjęć. Wstaje rano a tam co? Zacięło się przy 14 i ni ch.... . Dalej nie pójdzie. Może bym to przełknęła jakby chociaż te 14 zdjęć było na tym fejsie. Ale gdzie tam! Jak nie przejdzie wszystko to nie ma nic. Więc ... dwa pośladki! I tym sposobem, jeśli stracę zdjęcia przy naprawie, to już raczej nie pochwale się światu moimi pracami ręcznymi, bo nie mam jak im zrobić drugi raz zdjęcia, a przynajmniej teraz. W zasadzie mniejsza z nimi. Najbardziej wkurzające jest to jak stracę zdjęcia artykułów z gazet z czytelni! Bo cholera jasna nie chce mi się znowu przerzucać i szukać tego samego w 48 gazetach. A i tak to nie były wszystkie dostępne w czytelni... Niech to szlag!
Co po za tym słychać? No te prace ręczne to kartki świąteczne i rzeczy zdobione decoupage'm, na które chyba przerażająco dużo pieniędzy wydałam, a serwetki zaczęłam zbierać jak karteczki w latach '90. Dobrze, że w sklepach dla plastyków można kupować je pojedynczo i w większości, do których chodzę są po 60 groszy. Choć 60 nie 60 groszy i tak kupiłam ich chyba stanowczo za dużo. Będę mieć ich chyba tak koło setki. Dzisiaj nawet kupiłam 23 serwetki, z czego ze 4 kupiłam podwójnie lub potrójnie, a przed ostatnio czekają na Kaśkę kupiłam ich ze 34. Ale żeby nie było, że tylko zbieram materiały, to pochwale się, że parę rzeczy już zrobiłam, które dałam lub nawet sprzedałam, a nawet mam już powiedziane jakiej wielkości mogę robić bombki. I tym sposobem będę zaopatrzona w 40 kul 6,8,10 i 12 centymetrowych, i przy okazji w rzeczy do robienia kartek. A moje 4 metry kwadratowe zrobiły się małą pracownią, gdzie już zaczynam gospodarować parapet i dla wygody zwinęłam dywan z podłogi. Bo już mi się klej na niego wylał, ale na szczęście nie widzę plamy. Poza tym jestem straszna. Bardziej szkoda było mi tego kleju niż dywanu. No tak czy siak wciągnęło mnie, a praca magisterska i parę innych rzeczy leży odłogiem. Tak, tak, wiem. Samo się nie napisze i wypadało by się za to wziąć. No ok, może nie będzie tak źle, a decoupage i próby scrapbooking'u może trochę przystopuję, bo po pierwsze brakuje mi baz do ciaprania, a po drugie następne święta są dopiero w grudniu. Chwilowo planuję tylko zrobienie ramki, resztę się zobaczy. Ale z drugiej strony mam nadzieję, że z hand made'u  jednak nie zrezygnuje. Bo choć nie bardzo umiem zagospodarować to co zrobię, to samo jako takie tworzenie sprawia mi przyjemność. Pożyjemy zobaczymy. Wielkiego biznesu na tym sobie nie wróżę.

21 stycznia 2013

Serwetkowe róże


W związku z tym, że dzisiaj Dzień Babci, zrobiłam "różyczki" z serwetki. A  było to tak: od kilku lat wysyłam babciom z tej okazji kartki. W tym roku pojechałam sobie po ambicji i je sama zrobiłam jak to widać w poprzednim poście. Ale w związku z tym, że jedna z babć do mnie później dzwoni z podziękowaniami, ja ją uprzedzam i dzwonię jeszcze z życzeniami. Jak to mama powiedziała, babcia może do tego dużej wagi nie przykłada, ale jest szczęśliwa jak się do niej dzwoni, a potem wylicza kto pamiętał. I teraz nie było inaczej. Co prawda była dopiero, albo już koło 15 gdy dzwoniłam, babcia się ucieszyła i powiedziała, że dzwonię do niej pierwsza, że patrzy sobie codziennie na magnesik na lodówce, który jej dałam z napisem "Bóg nie mógł być wszędzie dlatego stworzył Babcie" (notabene Kaśce spodobał się pomysł i chciała kupić swoim babciom), że wszystkie kartki ode mnie leżą na kredensie i jest jej bardzo miło. Okazało się, że tegorocznej kartki jeszcze nie dostała, ale pójdzie do skrzynki sprawdzić czy już jest. Porozmawiałyśmy jeszcze o krzyżówkach i o skarpetkach nie do pary kupionych przez mojego pradziadka i dodreptując do klatki z wielkim skupieniem, żeby się nie poślizgnąć, skończyłyśmy rozmawiać. I w tym momencie pomyślałam, że jak mam nr do Maćka to powiem mu, żeby sprawił babci przyjemność i do niej zadzwonił. Ciekawa jestem czy to zrobi :D. Poza tym właśnie wpadłam na pomysł, żeby zrobić oto te różyczki z jednej warstwy serwetki, które nie są mi do niczego niezbędne i dać cioci :D. No i jak zrobiłam te 12 różyczek zastanawiałam się czy bardziej wyglądają jak śmieć czy jak bukiecik. Okazało się, że bliżej im do różyczek, więc odważyłam się dać je cioci. Na pytanie czy to dla niej i z jakiej okazji powiedziałam, że na Dzień Babci. I oczywiście, jakoś mnie to nie dziwi, byłam pierwsza, choć ma 5 wnucząt :D. Powiedziałam jej, że jak będę mieć więcej czasu to zrobię jej ładniejsze :D. I chyba z tej radości, chociaż jej odmawiałam dostałam ciastko i kawę w saszetce :D do zrobienia sobie później :).
Ps. Jak kończyłam pisać tą notkę, ciocia zaczęła mówić coś o cieście ale jej chłopców, którzy przypomnieli sobie o jej święcie. Zaproponowałam, że ja pójdę bo jest bardzo ślisko. I nie myliłam się. Ledwo wyszłam z klatki, a już mogła zacząć się chwiać. Z wielkim trudem poszłam do pobliskiej piekarni i kupiłam u mało miłej baby ciasto jogurtowe. Gdyby nie trawniki ze zlodowaciałym śniegiem zeszłoby mi chyba 2 jak nie 3 razy dłużej ślizgając się po chodnikach. Choć, co mnie ucieszyło, kilka metrów chodnika było obkute z lodu :D

12 stycznia 2013

Głupiutka dziewczynka

Tej notki w ogóle nie powinno być. Jak już się zebrałam, żeby ją napisać, odwidziałam mi się koncepcja jej pisania. Ale weszłam na chwilę do "galerii zdjęć" w zabawce. Ku mojemu, małemu zaskoczeniu znalazłam tam dwa zdjęcia nie zrobione przeze mnie, i wymalował mi się na twarzy uśmiech (nazwijmy go) radości. Zdjęcia oczywiście wiem kto zrobił, dlaczego, i dlaczego takie beznadziejne, ale chwilowo je chyba tam zostawię, co bym miała (dodatkowy) powód do uśmiechu.
Tak. To było mi potrzebne, a przynajmniej w tej chwili mi się tak wydaje. Nawet jestem skłonna powiedzieć, że brakowało mi tego. I co prawda po głowie już mi chodzi parę teorii spiskowych na ten temat, ale ciul z nimi. Spędziłam bardzo miło 2 godziny, które wiem, że prędko się nie powtórzą, jeśli w ogóle to nastąpi i będzie to właśnie ta osoba. Kij z tym, że potrzebował ochrzanu, łaskawie wcisnął mnie w swój napięty grafik w porę mnie o tym informując i nie wystawił mnie kolejny raz, podładowało to moje baterie samopoczucia. Brakowało mi tej głupkowatej paplaniny o wszystkim i o niczym. Choć szczerze powiedziawszy przemknęła mi przed spotkaniem myśl "ale w zasadzie o czym ja mam z nim rozmawiać", ale u mnie najwidoczniej to normalne. W każdym bądź razie, pomijając trzy-cztery niezręczne, niezauważalne momenty ciszy, zrobiłam się chyba nieznośna, a przynajmniej mnie się tak wydaje. Rozgadałam się jak nakręcona katarynka, do tego stopnia, że po dwóch godzinach głos mi zaczynał wysiadać (jak zwykle, za szybko wypiłam tyciusią czekoladę na gorąco). Na moje usprawiedliwienie mam tylko to, że długo się nie widzieliśmy. A dawno dawno temu (zanim spieprzyłam po drodze sprawę) uważałam go za osobę, z którą o dziwo dobrze mi się rozmawiało, pomimo że często też mnie irytował. Tak, zamierzchłe czasy, które już nie wrócą, już nie będą takie same, które może czegoś mnie nauczyły...

14 grudnia 2012

Wisła zimową porą

Pogoda taka jak dzisiaj i teoretycznie wolny czas sprzyja długim spacerom. Pomijając fakt, że musiałam łazić po sklepie prawie półtorej godziny przez głupią reklamacje walizki, to potem spacer po mieście sprawił mi frajdę. Przy poprawie humoru i umilaniu spaceru pomógł fakt, że odświeżyłam i dograłam sobie piosenek na mp3. I to takie, że w pewnych momentach, albo zaczęłam machać łapkami i troszeczkę główką, albo szłam lekko podrygując w takt muzyki i "nucąc" coś pod nosem. Za wielkiego idioty chyba z siebie nie zrobiłam, bo za wieli ludzi nie było nad Wisłą i po drodze do m1. Może wystraszyli się tej minusowej temperatury i odrobiny śniegu na chodnikach? Nie wiem. Mnie było ciepło, buty wygodne i tak ciepłe, że w domu się zdziwiłam widząc mokrawe skarpetki (może dlatego, że nie były to skarpetki do butów trekingowych :P). Telefon pokazywał mi, że może być maksymalnie -6 stopni. To przecież nie tak zimno, szczególnie jak nie ma wiatru i mgły. Chciałam umieścić mój pierwszy nakręcony filmik, ale chyba lepsze będą te slajdy:D. Oto one:

18 listopada 2012

No żesz .... komunikacja miejska....

Od dwóch dni czuję irytację na myśl komunikacji miejskiej w Krakowie. W piątek był mi kompletnie obojętny fakt w zmianach rozkładów komunikacji. W sobotę to się zmieniło, jak się zorientowałam się, że autobus, który rano zawoził mnie na uczelnie zmienił trasę. I w zasadzie tylko na tym odcinku, na którym ja wsiadałam. No żesz kurna, za co? Zawiesili autobus, którym czasami jeździłam, dwa inne jeżdżą w zupełnie innej, czwarty widziałam jak dzisiaj jechał, ale nie było jego rozkładu na przystanku. Ponadto słyszałam, że godziny podane w internecie różniły się od tych przystanku ze 3 minuty. Tragedii może nie ma, ale po jasną cholerę zrobili taki burdel, do którego teraz ludzie będą musieli się przyzwyczajać, i w niektórych wypadkach częściej przesiadać?! Zrozumiałabym rzadsze kursy, dodanie nowych linii, wydłużenie trasy, czy nawet mniejsze składy, ale bo jasną cholerę zmieniają trasę autobusów i tramwai, do których ludzie byli przyzwyczajeni? Tak samo nie bardzo rozumiem, po co zmienili nazwę przystanku z Olszy II na Miechowity. Bo było ich za dużo? No może. Było ich z 5, teraz jest albo 2, albo 3, nie wiem dokładnie, bo tego aż tak nie zbadałam. Poza tym mam nadzieję, że nie zdrożeją już bilety. Szczególnie mam nadzieję, że komuś nie odbije podniesienia cen biletów miesięcznych, bo to już byłaby lekka przesada.

12 listopada 2012

Prezent imieninowy:P

Tak na prawdę nie wiem, co bardziej obchodzi się w polskiej kulturze. Imieniny czy urodziny? A może to zależy od wieku, bo pokolenie wyżej w mojej rodzinie obchodzi imieniny, a moje pokolenie znajomych obchodzi urodziny. Za to pewnie większość stwierdzi, że każdy powód do imprezowania jest dobry. Ja nie imprezuję, ale obchodzę jedno i drugie. Jedno mam w listopadzie, drugie mam w marcu, więc nie jest źle. Jak na razie na obu z tych moich osobistych świąt coś dostanę :). I za to dziękuję. Dziękuję za niewymuszoną pamięć :).
A tak ciut z innej beczki. Można powiedzieć, że z tej okazji kupiłam sobie płytę, której okładkę widać na załączonym obrazku :), a niżej można posłuchać chociaż jedną piosenkę z tego albumu :). Ja już wsłuchałam obie płyty. Co prawda jedna trawa ok. 60 minut, druga zaledwie ok. 30, ale od czego jest przycisk na pilocie "repeat" :D. Wystarczy włączyć i można zarzynać piosenki :D. Szkoda tylko, że mój sprzęt obsługuję tylko jedną płytę, ale to też nie stanowi dla mnie problemu :D. Zawszę mogę przerzucić obie płyty na "gwizdek" i podpiąć do gniazdka USB, w które jest wyposażony mój sprzęt grający :P. A co do samego albumu. Jest dobry, dobrze się go słucha, i co dla mnie ważne wszystkie piosenki nie są dokładnie na jedną nutę. Jak na razie nie żałuję, że wydałam 46 zł.

17 października 2012

Skrót zdarzeń

Zdałam egzamin z Wnioskowania Bayesowskiego ! Kamień z serca, szczególnie że nie muszę płacić dodatkowo za przedłużenie sesji poprawkowej. A oddając indeks do dziekanatu i podbijając legitymacje czuję się oficjalnie na V roku studiów ( a na II roku magisterki).
***
Cholera jasna! Żeby nie było mi za dobrze wygenerowałam sobie koszty finansowe, które będę musiała przełknąć jak wielką tabletkę, ale jako dzielna dziewczynka, przy okolicznościach losu uważam, że dam sobie z tym radę.
***
 Po raz trzeci w stosunkowo krótkim czasie, śniła mi się pewna gnida, co potem przez następny dzień czuję się "nieswojo". To znaczy, jak śniła mi się po raz pierwszy (dawno temu) chodziłam cały dzień wściekła. Po drugim śnie było mi smutno i czułam się poirytowana. Po raz trzeci czułam ogromną tęsknotę. A teraz można powiedzieć, że może i nie wzbudziło we mnie to wielkich emocji, ale zbieg okoliczność sprawił, że czułam się jak w tym śnie, naburmuszona na cały świat. Poza tym po raz kolejny uświadomiłam sobie, że pomimo  wyszło mi to teoretycznie na dobre, pewne "przyjemności" zostały mi odcięte jednym "brutalnym" chlaśnięciem, które było od początku przewidziane.
***
Muszę chyba przestać tak często przeglądać internet, a przynajmniej nie zaczynać od tego powrotu do mieszkania. Wczoraj z braku tej możliwości w pierwszym momencie nie wiedziałam za bardzo co ze sobą zrobić, ale potem mi to przeszło i zajęłam się bardziej produktywną czynności niż to jest przeglądanie internetu. Jak skończę to się może pochwalę.

7 października 2012

Od rana pada deszcz

Miałam wczoraj pewne zamiary, które spaliły na panewce. Skończyło się na tym, że podałam rzeczy do zawiezienia (m. in. laptop, w którym na reszcie trzeba poprawić jego chłodzenie), poszłam do biblioteki i pożyczłam 4 audiobooki, w których ostatnio się rozsłuchuje (w ciągu nie całego miesiąca zdążyłam wysłuchać ich około 6, w tym dwupłytowego Ojca chrzestnego i Imię Róży). Nie byłoby w tym nic zagrażającego planom, gdybym po powrocie (ok 14) nie włączyła audiobooka Profesor Wilczór (dalsza część Znachora), którego skończyłam słuchać gdzieś na 15 rozdziale około pierwszej w nocy. Jak tylko włączam audiobooki siedzę w pokoju niemalże jak zaczarowana i słucham wytrwale co będzie dalej i dalej, aż orientuje się która jest godzina i co by wypadało jednak zrobić.
Dla zabicia bezczynności rąk i oczu, bezmyślnie oglądałam obrazki na stylowi.pl i zrobiła dwa duże kołka szydełkiem, które jeszcze do końca nie wiem do czego mi się przydadzą. Czy do torebki czy do poduszki. Wiem tyle, że poduszka będzie prostrza do zrobienia i może nie będzie się tak mechacić, ale będzie jednocześnie tylko dekoracją.
Dzisiaj wstałam koło 10. Za oknem pada deszcz. Robię sobie odziwo kanapki na śniadanie i oglądam Magiel towarzyski. Potem sprzatam w koszyczku koło łóżka i próbuję wziąć się za czytanie o statystycznym wionkowaniu. Ni cholery mi to nie idzie. I jakoś tak znowu (bo już w tym tygodniu tak miałam) włączyła mi się dla odmiany tęsknota. Nie smutek. Nie irytacja. Tylko bliżej nie określona, bezsensowna tęsknota, która jeśli sam nie przejdzie nie zostanie ugaszona. Ale to nic, przeżyje, jakoś to będzie, przecież nie ma sensu rozsypywać się całkiem w drobny maczek.

21 września 2012

Ofiara losu

To nie jest normalne, żeby czuć się ofiara losu lub jak przejechana walcem przynajmniej raz w miesiącu! To nie jest tak, że mam powody do narzekania, zalewania i pitolenia trzy po trzy, ale Q ja się pytam po co? na co? i dlaczego?! Przecież nie mogę tego bez przerwy na coś zwalać! Że sesja, że pogoda nie taka, że to "normalne" (u kobiet??), że to tęsknota, że to samotność, że to lenistwo i wile innych pierdół, które w większości są nie istotne. Jednak coś jest nie halo. Czasami nawet przychodzi mi taka myśl, żeby wybrać się to jakiegoś "lekarza dusz" (tu wstawić według uznania, zawiązanego coś z psychologią), lecz po chwili nasuwa się od razu pytanie czy to ma jakikolwiek sens i w jaki niby sposób ma mi to pomóc, jeśli sama sobie nie pomogę? Przeczytałam dzień wcześniej w internecie coś o "terapii", że najważniejsze to otworzyć się przed terapeutą, obrać cele, mieć chęci samodoskonalenia się i wykonywać zadane "ćwiczenia", czy coś w tym stylu. Poza tym ważne, żeby osoba leczona tego chciała, a nie była zmuszana np. przez rodzinę. Wszystko gites tylko ja się nie zaklasyfikuje z prostej przyczyny, która nazywa się "nie chce mi się", "jest sto innych fajniejszych możliwości stracenia czasu" i chyba najważniejszy "słomiany zapał". Tak wiem, dzięki takiemu podejściu daleko nie zajdę. Właśnie zastanawiam się, jak to możliwe, że mam licencjat z modelowania i prognozowania procesów gospodarczych i jestem jeszcze na magisterce? Mama powtarza, że ja muszę mieć nóż na gardle. I coś w tym jest. Miałam uczyć się przez te parę dni, które jestem już w Krakowie, a nawet jeszcze nie otworzyłam zeszytu (dobrze, że Iwona poprosiła o notatki w zeszłym tygodniu, bo zeszyt nadal leżałby w torbie, którą miałam w lipcu na poprawce- i tu kolejny szczęśliwy traf, bo piszą wtedy zaliczyłam i nie musiałam tego pisać w poniedziałek). Ale przecież nie można mieć przez całe życie "noża na gardle". Ja nie chce! To mnie wykończy! Taaaa, ale z drugiej strony robienie sobie listy spraw do załatwienia i ulubione motto Iwony "co masz zrobić jutro zrób dzisiaj" w zupełności mi nie wychodzi. Chyba musiałabym mieć "wewnętrznego" i "zewnętrznego" żandarma, który po kolei wskazywałby mi co i jak mam robić, włączeni z zadaniami ważnymi i relaksującymi. Taaa, to byłoby coś, taki "Anioł Stróż 24h". Tylko skąd takiego wziąć? Z resztą znając rzeczywistość nie tylko mnie by się taki przydał. Suma sumarum największą moją zmorą jest lenistwo i "zamkniecie się w sobie". Co jeszcze ciekawego może mi powiedzieć "terapeuta"? Że mam jakieś inne wewnętrzne blokady? że się boję życia/ przyszłości/ samotności/ludzi/sama siebie/zawodu/nie pójścia czegoś według planu? Że powinnam zacząć nad sobą pracować? Że powinnam zacząć od małych kroczków? Że powinnam zacząć stawiać sobie cele od tych krótkoterminowych aż do dalekosiężnych? Że powinnam zacząć myśleć pozytywnie? Uśmiechać się sama do siebie i do ludzi? Pokochać siebie i otoczenie? Że ma znaleźć kilka mott i powtarzać je jak mantrę? Co takiego może mi powiedzieć z czego w zasadzie nie zdaje sobie sprawy? W jaki sposób może mi pomóc, jeśli sama tego nie wykonam? W jaki sposób może mi pomóc poznać samą siebie? I w jaki sposób spowoduje, że się "odblokuję się", "dorosnę" i zacznę "naprawdę żyć"?

14 września 2012

Po jaką cholerę


Czasami przychodzi taki dzień, że zastanawiam się po jaką to cholerę coś mnie męczy? I q dlatego tak długo? Co gorsza, zdrowy rozsądek nie może tego skutecznie zagłuszyć. Wystarczy jeden bodziec i pojawia się kołowrotek pieprzowych myśli, który czasami mija po kilku minutach, a czasami jak minie po jednym dniu będzie dobrze (zależy jak dużego kalibru jest kołowrotek).
Według mnie to nie jest normalne, choć jednak wygląda na to, że trzeba to przejść jak chorobę. Tylko lepiej byłoby gdyby to była ospa, która trwa nie za długo i chroni nas w jakiś sposób na przyszłość, a nie ciągnąca się niestrawność czy grypa z powikłaniami. Trudność polega na odcięciu się od pewnych przyzwyczajeń, które sprawiały nam jakąś przyjemność, które powodowały, że w jakiś sposób było nam 'fajnie'. Świadomość, że to dla naszego dobra, że tak jest może lepiej, że zawsze mogło być gorzej, że w zasadzie to nie ma największego znaczenia, wcale nie pomaga. Znanie lekarstwa innego niż płynący czas także jest nie skuteczne jeśli nie potrafi się go 'osiągnąć' i tak w zasadzie nie ma się ochoty zaryzykować i przerabiać możliwości wystąpienia 'efektów niepożądanych'. To pewnego rodzaju tchórzostwo sprawia stanie w miejscu i daje złudne poczucie bezpieczeństwa za cenę przełamania własnego 'ja'. Jednak ja nie jestem nadal przekonana czy chcę przemeblowywać swój domek z kart. Niby irytuje mnie taka postać rzeczy, ale z drugiej strony żyję w przekonaniu, że życie wymaga ode mnie za wysokiej ceny za chwilę radości. Wręcz czuję, że za te 'fajne przyzwyczajenie' ponoszę cenę 'nie mogąc o tym zapomnieć' i 'przejść do stanu przed', który może nie był zbyt 'fajny', ale był na swój sposób stabilny. Teraz może mnie uratować (brzydko mówiąc) 'klin' albo mieć nadzieję, że to kiedyś 'przejdzie' albo jeszcze bardziej do tego się 'przyzwyczaję'.

1 lipca 2012

Q! jak mi się nie chce!

Tak cholernie mi się nic nie chce, że to się w głowie nie mieści, a jutro mam jeszcze egzamin. Mam ochotę wstawić tu idealnie opisujący moje niechcenie obrazek, ale jest trochę niecenzuralny dlatego wstawię do niego link, będzie mniej rzuć się w oczy.
Co prawda nic ciekawego może tu nie napiszę, ale podzielę się tym badziewiem tutaj. Jest mi cholernie gorąco, wyszłam dzisiaj tylko do sklepu i z powrotem nie kupując nic nadzwyczajnego, nie chce mi się  uczyć na jutrzejszy egzamin, a szczęśliwie mamy już po 19. Owszem, może mam jeszcze na to całą noc, ale wątpię w nagły przypływ weny :p. Jedynym pożytkiem z tego gorąca jest to, że szybko wyschło mi pranie, które już zdążyłam upaćkać. To znaczy prześcieradło, które używam jako narzuty. Jakimś cudem po praniu wydaje mi się bardziej brudne niż przed, ale to nie przeszkadzało mi go dobrudzić ketchupem i czekoladą. Oj, jadałam cukierki w czekoladzie na łóżku, ale nie wiem jak ta czekolada dostała się na prześcieradło i na moją bluzkę. Ale ketchup to już wina śniadania, a w zasadzie kawałka parówki, który nie omieszkał ubrudzić oprócz prześcieradła, świeżo upranych szortów. Dziad zamiast się napić na widelec, zsunął się z talerza. Jak ciamajdowatość to już na całego.
Teraz zdecydowanie odezwie się we mnie statystyczny polak, ale już wolę każdą inną pogodę niż upały. Powiem tak, osobiście śnieg jeśli nie jest ciapowaty to mi nie przeszkadza, ale w zimą najgorsze jest dla mnie to, że szybko robi się ciemno. No i jeśli jest poniżej -15 stopni to też jest lekka przesada, ale do reszty jakoś potrafię się dostosować. Tzn. jak na razie, bo nie posiadam samochodu i nie odczuwam wielkich problemów komunikacyjnych, a co do reszty to chyba kwestia doboru ubrania. A w lato? Q z czego mam się rozebrać, żeby nie było mi tak gorąco?! Poza tym jak słońce za mocno grzeje to ja muszę dodatkowo gotować się w kapeluszu, żeby potem głowa mnie nie bolała. Nie lubię takich upałów. Mogłoby tak strasznie nie grzać i temperatura odczuwalna mogłaby być tak do 26 stopni (a deszcz mógłby padać wieczorem/w nocy)! Czułabym się tym usatysfakcjonowana taką pogodą.

Na zakończenie napiszę, że muszę udać się chyba do biblioteki i przeprowadzić śledztwo w strawie całowania żab. Bo z tego co udało mi się dzisiaj ustalić w oryginalnej baśni księżniczka rzuca żabę o ścianę a nie daje mu buziaka, który powoduje odczarowanie księcia.
Ta sprawa bardziej mnie nurtuje niż jutrzejszy egzamin....

24 czerwca 2012

Sorry memory

Od 10 00 próbowałam zrobić cholerny projekt ze statystyki. Mamy szczęśliwie 19 z minutami, a ja jestem totalnie w lesie. Pierniczę, nie robię. Nie mogę poradzić sobie z dobraniem danych tak, żeby nie były skorelowane, a żeby zrobić też coś innego to nie mam pojęcia co to miałoby być i jak to zrobić. P....le, nie robię. Powinnam chociaż pouczyć się na egzamin, ale irytacja do tego przedmiotu trochę mi w tym przeszkadza. Nie chce mi się. Najwyżej wyląduje na statystycznej pogawędce we wrześniu. Kurna, nie mam w ogóle serca do tegorocznej sesji letniej. Jest za gorąco, za leniwie, za smutno, za ciężkie przedmioty i w ogóle kiszka. Mam nadzieję, że we wrześniu jakoś mi to lepiej pójdzie, i że teraz zdam chociaż demografie, prognozy i symulacje, jakoś analizę jakościową, że mi się jutro jakoś fartnie (choć w to wątpię) i bardzo mi zależało, żeby jakoś udało mi się zdać egzamin z ekonometrii dynamicznej i finansowej. Nie ukrywam, że jakbym to zdała byłabym najbardziej usatysfakcjonowana. Ech, sesja! I pomyśleć, że ja będę miała ją do co najmniej 2 lipca (pomijam już wrzesień), a niektórzy już mogą się bezkarnie opi...lać....

21 czerwca 2012

Auć, parzy mnie gładzik:D

W ramach odpoczynku po takim sobie dniu postanowiłam włączyć sobie 2 bajki. Pierwsza to Piorun. Bajka o psie imieniem Piorun, który jest kultowym bohaterem serialu. Przez całe swoje życie myślał, że jest superbohaterem, który ma bronić swoją panią przed Doktorem Zło. Jednam przez pewien bieg wydarzeń musiał zmierzyć się z rzeczywistością i poznać prawdziwe psie życie. Jak to w bajkach bywa, szczególnie tych z Disneya, można doszukać się morałów, które subtelnie wyłapuje się podczas oglądania filmu.
Drugim filmem, który obejrzałam jest Alicja w krainie czarów. Wydaje mi się, że ten film zna prawie każdy, a przynajmniej częściowo wie o co chodzi, a morały wprost rażą swoim jestestwem (oczywiście nie na tyle, żeby obrzydzić mi przyjemność z oglądania). Przyznaje się, ja obejrzałam go po raz pierwszy w całości, albo po prostu nie pamiętam, żebym oglądała jakąkolwiek inną wersje. No przepraszam, byłam w kinie na Alicji w krainie czarów, w której zagrał Johnny Depp z Mią Wasikowską, a nie dawno od połowy akcji oglądałam w telewizji (i chyba nadal wole 2D od 3D). Co prawda oba te filmy o Alicji mnie nie powaliły  i nie do końca wiem, która jest lepsza, ale Johnny w swojej charakteryzacji bardziej mi się podobała jako kapelusznik (może to wynika z mojego wieku:D). Obie Alicje... są produkcją Disneya, i w zasadzie jedna jest kontynuacją drugiej. Animowaną stworzono 1951, a tą filmową w 2010.
W między czasie, czyli w trakcie oglądania, zrealizowałam swój plan, rozwiązania problem braku białej koszuli z krótkim rękawem. Mianowicie stwierdziłam, że z długim mam wystarczająco dużo, i że jedna bluzka, której jeszcze nie nosiłam idealnie się nadaje do przeróbki. Z resztą wcześniej obcięłam jej kołnierzyk, to stwierdziłam, że jak obetnę jej jeszcze rękawy to się jej nic nie stanie. No i obcięłam. Tragicznie to nie wygląda więc wydaje mi się, że do noszenia na letnie egzaminy się nada. No i jak skończyłam obrębiać rękawy to zaczęłam już oglądać Alicję..., więc zrobiłam jeszcz ze 3 rządki na drutach takiej jednej rzeczy :p. Mam nadzieję, że uda mi się to skończyć, i że nie będzie źle wyglądać.
No i pomyślałam sobie na koniec oglądania, że a może by coś napisać na blogu.... Dotyka ja ci gładzik :D, czyli myszkę laptopową, a ona taka gorąca, że aż w paluszki parzy :D. Co się okazało? Dziecko zapomniało wtyczki od podstawki z wiatraczkiem wsadzić do gniazda USB w laptopie. No i suma sumarum, jak kończę tą notkę i już mało będę z niej korzystać (z myszki) to robi się już w miarę zdatna do użytku :D.
PS.Jak wracałam do domu z uczelni myślałam o czymś co by tu napisać. I nie wyszło. Choć może tylko dodam, że widziałam jak na placu puszczali coś na zasadzie latawca i przypomniało mi się, jak przez mgłę, że jak byłam mała to też puszczałam latawce z tatą. Tzn. on puszczał, a ja miałam z tego frajdę :D.

P.S.S Doszłam do wniosku, że starej dobrej klasyki nie da porównywać się z nowoczesnymi kolorowymi możliwościami grafiki. Owszem, bohaterowie z filmu są bardziej kolorowi i mają swoją charyzmę, ale bez bajki (i książki) nie powstaliby.